Kosovo je Srbija?

Ten felieton zostanie poświęcony bieżącej sytuacji politycznej w Serbii. Tak właściwie nie jest to felieton, a próba uporządkowania własnych myśli, uprzątnięcie chaosu teoriowego w mojej głowie. Będzie, a raczej powinien być poważny, może z lekką nutką ironii, także będzie różnił się od swoich poprzedników. Przejdźmy do tematu:

Jak wiele osób, które miały w ostatnich tygodniach czas na przeczytanie jakiejkolwiek gazety (zaczynając od „Wyborczej”, czy „Rzeczpospolitej” a kończąc na tworach typu „Fakt”) także i ja zostałem chcąc czy nie chcąc (a zapewniam, że chcąc) „wepchnięty” w temat. wolnego Kosowa. Wepchnięty, ponieważ na każdym portalu internetowym, na pierwszych stronach gazet, czy nawet na transparentach na stadionach piłkarskich znalazły się informacje o tym wydarzeniu.

Na pewno nie jest to wydarzenie bezprecedensowe, wszakże podobne sytuacje zdarzały się już w Europie wcześniej, ale jest ono szczególne i na taką uwagę zasługuje.

Początkowo na wieść o wolnym Kosowie dopadł mnie huraoptymizm. Wow, Fajnie, Super, Świetnie, Och i Ach.

Cieszyłem się wraz z większością mieszkańców Kosowa (z Albańczykami – dla dodania ironii), powstało w Europie nowe państwo, rzecz na pewno niespotykana. Być może następne pokolenia nie będą mogły doświadczyć podobnych rozterek jak ja. Być może będą oni pozbawieni właśnie takiego rozdarcia ideologicznego. Dlatego moje pokolenie może uważać, że z tego powodu jest, jak na razie, wyjątkowe. Że jest „fajnie”.

Otóż fajnie nie jest.

Kosowo na dobry początek pokazało swoją nową flagę. Flaga wyglądają następująco: Niebieskie tło, białe gwiazdki… (Nie przypomina wam to na razie czegoś?) i żółty, wypełniony kontur nowopowstałego państwa. Prawda, że nie ma to nic wspólnego z podlizaniem się pewnej Europejskiej organizacji zrzeszającej europejskie państwa?

Ja też tak uważam.

Kosowu, żeby przetrwać potrzebny jest silny sojusznik, ktoś, kto pomagałby im w utrzymaniu suwerenności, a takim sojusznikiem (przynajmniej w mojej opinii) raczej Rosja dla Kosowa by nie była.

Następnym krokiem swobodnie formujących i kształcących się w mojej głowie myśli był stan sceptycyzmu. Przecież to tak, jakby od Polski odłączył się np. Kraków, a Gdańsk stałby się z powrotem Wolnym Miastem Gdańsk. Tak jakby Waszyngton D.C. odłączył się od Stanów Zjednoczonych Ameryki, a Praga od Czech. Może przesadzam, ale przecież Kosowo jest to kolebka Serbskiej kultury, narodowości i historii.

Takie „oddzielenie” daję wątpliwości, a te z kolei dają nadzieję narodowościom takim jak Baskowie,Katalończycy (czy idąc na wschód Europy: Abchazja, Naddniestrze czy Górski Karabach) szansę i nadzieję. Na sukces.

Chciałbym na koniec podzielić się jeszcze moim zaniepokojeniem. Mianowicie naprawdę trudno znaleźć mi było osobę w moim wieku z którą mógłbym zamienić na poważnie kilka słów na temat niepodległości Kosowa. Głównie spotykałem się z pytającym wzrokiem i ze zdziwieniem malującym się na twarzy osoby przeze mnie pytanej. No cóż, takie czasy..

Michał Wnuk

Opublikowane w:  on marzec 28, 2008 at 9:56 pm Komentarze (2)
Tags: , , , , , ,

Delicja na wspak odwrócona, czyli przewrotny konsumpcjonizm.

Z góry zastrzegam, że autor tego felietonu, (czyli mówiąc skromnie: „ja”) nie dostaje żadnego honorarium od firmy „Wedel”. Nie jest też to reklama nowego smaku tytułowych Delicji. Autor chce się tylko podzielić swobodną refleksją narodzoną w jego mózgu.

P.S. Numer konta dla Wedlowskiego działu marketingowego podaję na końcu tekstu.

Wbrew tytułowi ten felieton nie będzie miał charakteru popularno-naukowego. Nie będzie też traktował o polityce, ale nagromadzenie trudnych i dłuższych niż dwusylabowe wyrazów w tytule nie jest bez znaczenia.

Dziś, niedawno temu w kuchni mego skromnego domu dokonało się Dejavu(Dujeva czy jakaś inna wietnamska nazwa czegoś, co powinno wyglądać jak Krupnik). Otóż po otwarciu paczki skądinąd oryginalnych Delicji (Nie, nadal twierdzę, że nie jest to reklama) doznałem zdumienia. Początkowo przeszło ono w szok, by skończyć się na zdziwieniu, uśmiechu pod nosem i słowach „ znowu?”. Otóż proszę państwa pierwsza w rzędzie z odpakowanych przeze mnie delicji była odwrócona „czekoladową twarzą” do innych delicji zajmujących swoje ściśle określone miejsca !

Niby rzecz błaha, a jakże skłaniająca do refleksji i pytań egzystencjalnych. Czemu delicja ta jest odwrócona? Czy to może żart kogoś w fabryce, błąd obliczeniowy maszyny czy może jestem jednym z iluś-tam-set-tysięcy szczęśliwców? Wątpię żeby ktokolwiek znał odpowiedź na to pytanie, jednak zajmę się inną z pośród wymienionych wyżej. Może delicja ta wybrała własną drogę życia? Może po tak długim czasie przebywania w tłumie jednakowych niczym się nie różniących ludzi ..tfu..delicji zapragnęła odłączyć się od panującego nurtu? Pójść w inną stronę niż tłum, nie iść za nim, mieć własną opinię, własne zdanie..

Gdyby taką sytuację przenieść w ludzkie realia czy taka Delicja nie doświadczałaby jakichś represji? Nie byłaby wyśmiewana przez ten tłum takich samych ludzi, dążących do przypodobania się komuś innemu czy naśladowaniu jakiejś osoby? Możliwe że byłaby zmuszona z kryciem się ze swoimi poglądami, mogłaby być nawet zmuszona do zaprzestania głośnego przekazywania swoich poglądów. Może ta delicja wywołała anarchię lub zgorszenie w swojej paczce, może inne Delicje były niezadowolone, być może nawet zniesmaczone takim sąsiedztwem. Jednym z pozytywów jaki zauważyłem jest to że znajdowała się ona na początku paczki, przed innymi delicjami. Nie za nimi, tylko przed. Poddaje to intelekt człowieka w wątpliwość, że może chce ona walczyć z „tłumem”, stawia czynny opór jednakowości i braku własnego zdania. Że nie została z tyłu samotna, że może uda się jej wywalczyć wolność własną i wolność zdania.

Tymczasem ja pozwoliłem jej zatryumfować, wygrać, pokazać reszcie Delicji że to ta jedna, odwrócona jest wyjątkowa i najcenniejsza. Zjadłem ją jako ostatnią, pozwalając jej na przyglądanie się zagładzie reszty Delicji. No i była smaczniejsza niż inne.

Michał Wnuk.

Nie dziękuje, wolę spacer.

Tekst ten powstał w czasie jazdy do szkoły linią 138 w pewien poniedziałkowy poranek. Z pewnością nie jest on w stanie oddać mojej ówczesnej irytacji.

O tak. Gdyby nie to że do szkoły dojeżdżam półgodziny na pewno wybrałbym spacer.

Chyba każdy z nas doświadczył skutków ubocznych miejskiej komunikacji. Tak, bo takie istnieją, wbrew przekonaniu wąskiego grona miłośników Autobusów. Ci to mają swoją drogą fajne życie – słyszą dźwięk autobusu oddalonego od nich o jakieś 200 metrów i już wiedzą jaki to Autobus, kiedy był naprawiany, ile ma lat (to akurat proste bo większość z nich na ponad tysiąc-pięćset-sto-dziewięćset), to czy był on naprawiany, o ile kiedykolwiek był i to ile kierowca wypił. Lub to czy kierowca ma syndrom „twardej ręki”.

Gdy stoimy na przystanku, a na rozkładzie widzimy, że autobus przyjedzie za dajmy na to trzy minuty, to wydaje nam się, że naprawdę przyjedzie za trzy minuty. To tylko złudzenie optyczne. Po kilku miesiącach częstej jazdy i staniu na przystanku opracowałem pewien wzór odpowiedzialny za rzeczywisty czas przyjazdu autobusu. Jest on stosunkowo prosty i łatwy do zapamiętania. Od podanego czasu przyjazdu odejmij/dodaj (niepotrzebne skreślić) cztery i pół minuty. To naprawdę działa.

Kolejnym „małym” problemem poruszania się po naszej stolicy autobusami we wczesnych godzinach porannych są nasi współpasażerowie Nie mówię tu o ich ilości tylko „jakości”. . Można podzielić ich na trzy grupy. Grupa pierwsza to tzw. Żelazna wątroba.

Czy nie zastanawialiście się już, że to prawie niemożliwe że w każdym autobusie rano można spotkać osobę, na której zapach uciekają wszystkie zwierzęta w promieniu dwóch kilometrów? Bo mi zdarza się to codziennie. Ja rozumiem że z imprez najfajniej wracać nad ranem, ale czemu trzeba oprócz siebie zabierać coś „na wynos” w postaci taniego wina/wódki/bimbru (znów niepotrzebne skreślić) ? Najgorsze jest to, jak członków tej grupy jest kilku. Wtedy większość osób rozmieszcza się na 1/3 autobusu, resztę zostawiając takim to delikwentom. Można też usłyszeć od nich ciekawe wywody na temat szkodliwości mycia i mydła jako dzieła szatana.

Kolejna grupa to tzw. „Hard Music”, bardzo łatwa do rozpoznania – jeżeli taka osoba stoi z przodu autobusu ze słuchawkami na uszach, a Ty stojąc z tylu i tak słyszysz jej muzykę, nie pozostaje Ci nic innego jak błogi relaks. Przecież za 10-15 lat taka osoba nie będzie w stanie usłyszeć jak samolot wleci w jej dom, nie mówiąc o jakiejkolwiek rozmowie. O trzeciej grupie nie pisze bo to są ludzie tacy jak my, których to irytuje.

Jazda Autobusami? Nie dziękuje, wole spacer.

Michał Wnuk